Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/119

Ta strona została przepisana.


Morok zbliżył się do sędziego i dość długo mówił mu coś pocichu.
Najprzód okazało się na twarzy burmistrza zdziwienie, potem malowała się coraz większa uwaga i nieufność; co chwila odzywał się z wykrzyknikiem zdziwienia i powątpiewania, spoglądając na Dagoberta i sieroty.
Jednakże po jego coraz niespokojniejszych i surowszych spojrzeniach badawczych, sądzić było można, iż tajemna rozmowa Moroka zmieniła powoli chwilowe przyjazne uczucie burmistrza dla Dagoberta i dwóch sierot w uczucie gniewu i podejrzenia.
Dagobert wnet spostrzegł tę nagłą zmianę; obawa jego, na chwilę przytłumiona, wzmagała się jeszcze bardziej.
Róża i Blanka zamilkły, a nie pojmując tej niemej sceny, z udręczeniem spoglądały na żołnierza...
— Do stu katów!.. rzekł burmistrz, zrywając się nagle — to mi nigdy na myśl nie przyszło, a gdzież ja miałem głowę? Ależ bo, mój Moroku, gdy kogo wśród nocy obudzą, wtedy człowiek sam nie wie, co myśli; masz słuszność... wielką mi oddałeś przysługę.
— Wprawdzie ja napewno nie twierdzę...
— Wszystko jedno, tysiąc przeciw jednemu można postawić, że masz rację.
— Jest to tylko podejrzenie, oparte na niektórych okolicznościach, jednakże podejrzenie...
— Naprowadza na drogę prawdy... A ja, co jak ptak, wpaść miałem w sidła... raz jeszcze ci powtarzam, gdzie ja miałem głowę?...
— Trudno jest nie dać się uwieść pewnym pozorom...
— Do kogóż to mówisz, mój kochany Moroku... do kogo mówisz?
Przez cały czas tajemnej rozmowy, Dagobert stał, jak na torturach, przewidując, że, gwałtowna burza nastąpi; o jednej tylko myślał rzeczy, o powściąganiu swego gniewu, a lękał się, czy zdoła być panem siebie.