Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1212

Ta strona została przepisana.


— Jakto! — krzyknął Dagobert, nie posiadając się z gniewu i postępując ku dwom siostrom, — sądzicie, że gdyby waszą guwernantkę napadła cholera, pozwoliłbym wam iść wtedy do niej, pod pozorem dopełnienia obowiązku?... Waszym obowiązkiem jest żyć, żyć dla ojca, i dla mnie w dodatku.
— Dagobercie, nie wzbraniaj nam — mówiła Blanka wszak pewno sam zrobiłbyś dla nas to, czego wzbraniasz nam dopełnić dla innych.
Dagobert dotąd, iż tak powiem, barykadował przejście jezuicie i siostrom; teraz, wzruszając ramionami, usunął się i rzekł spokojnie:
— Jaki też ze mnie stary głupiec. Idźcie, moje panny, idźcie... jeżeli tylko znajdziecie panią Augustynę w tym domu, pozwalam wam pozostać przy niej.
Nie wiedząc, co miały powiedzieć na wyrzeczone takim tonem zapewnienie Dagoberta, dziewczęta stanęły nieruchome, zamyślone.
— Jeżeli niema naszej guwernantki w domu, gdzież więc jest? — zapytała Róża.
— Sądzicie może, że wam powiem, teraz, gdy widzę, jakieście się zapaliły.
Nie chcę, abyście stąd wychodziły i nie wyjdziecie, choćby mi przyszło zamknąć was w tym pokoju — zawołał żołnierz, tupiąc nogami z gniewu; potem, przypomniawszy sobie, że to nieszczęsna nieostrożność Gapia była przyczyną tego przykrego zdarzenia, dodał w rozjątrzeniu:
— O! muszę ja kij połamać na grzbiecie tego ciemięgi...
To mówiąc, zwrócił się ku drzwiom, gdzie stał w milczeniu Rodin. Na widok jezuity, o którym na chwilę zapomniał, powiększył się gniew Dagoberta i rzekł doń brutalnie:
— Jeszcze tu jesteś?
— Kochany panie, ja tu przyszedłem w zamiarze pomówienia z nim.
— Nie mam czasu na rozmowy... wynos się, a prędzej