Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/124

Ta strona została przepisana.


Burmistrz nie mógł dokończyć.
Dagobert od kilku chwil, chcąc tylko zyskać na czasie, nieznacznie oglądając się na prawo i na lewo, spostrzegł drzwi nawpół otwarte, naprzeciw izdebki dziewcząt, do sieni wychodzące. Wpadłszy szybko na burmistrza, uchwycił go za szyję i tak silnie rzucił go we drzwi, iż tenże, osłupiały niespodziewanym napadem, potoczył się w głąb ciemnej izby.
Potem, zwróciwszy się do Moroka, który, widząc wolne schody, śpieszył ku nim, pochwycił go za długą czuprynę, przyciągnął do siebie i, zatkawszy mu gębę, aby nie mógł krzyczeć, pomimo silnego oporu, wepchnął go do tejże izby, gdzie już leżał potłuczony burmistrz.
Zamknąwszy drzwi na dwa spusty i włożywszy klucz do kieszeni, Dagobert, po paru krokach, już był na dole schodów, prowadzących na korytarz od dziedzińca.
Deszcz lał potężnie; żołnierz widział przez okno w izbie na dole, gdzie się paliło na kominie, oberżystę i jego ludzi, czekających na wyrok burmistrza. Zamknąć drzwi do korytarza i tym sposobem przeciąć przystęp z dziedzińca było dla żołnierza dziełem jednej minuty, poczem wrócił spiesznie do sierot.
Morok, odzyskawszy przytomność, krzyczał, lecz szum wiatru i deszczu zagłuszył go.
Dagobert zapewnił więc sobie z godzinę czasu, gdyż nieprędko mogło komuś przyjść na myśl, że rozmowa z burmistrzem zadługo się ciągnie, a choćby podejrzenie lub obawa nakłoniły go do zobaczenia, co się dzieje, w takim razie musiałby wyłamać dwoje drzwi, to jest, zamykające korytarz od schodów i drugie do izby, w której byli zamknięci burmistrz i Morok.
— Moje dzieci, trzeba pokazać, że w waszych żyłach płynie krew żołnierska, — rzekł Dagobert, wpadłszy nagle