Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1278

Ta strona została przepisana.


złamanej szpady i rzucił się na marszałka, który mężnie wytrzymał napad. W tej okropnej walce wymierzano i odbierano ciosy; straszne, posiniałe głowy schylały się, według zmian walki, ręce wytężały się jak żelazne szyny, lub zwijały się, jak węże. Najwyżej może w dwie minuty przeciwnicy upadli i potoczyli się jeden na drugiego.
Potem konający głos marszałka wymówił jeszcze te słowa:
— Moje dzieci!... Dagobercie!...
— Zabiłam go — rzekł d‘Aigrigny osłabionym głosem- — lecz czuję... że jestem raniony śmiertelnie...
I, oparłszy się jedną ręką o posadzkę, drugą pomacał sobie piersi. Sutanna podarta była ostrzem szpady, lecz krew wytrysnąć nie mogła.
— Oh! umieram... umieram... tchu mi braknie — wyjąkał d‘Aigrigny a zmienione rysy twarzy już zapowiadały bliską śmierć.
W tej chwili obrócił się klucz w zamku. Rodin ukazał się w progu i, głowę tylko naprzód wysunąwszy, rzekł pokornymi głosem;
— Czy można wejść?
Usłyszawszy tę straszną ironję, d‘Aigrigny poruszył się z miejsca, Chcąc rzucić się na Rodina, lecz upadł na rękę, głucho jęknąwszy; krew zalewała mu płuca.
— Ach! piekielny potworze — mruczał, zwracając na Rodina okropny ze złości i bólu wzrok konający. — To ty jesteś przyczyną mej śmierci.
— Powtarzałem ci zawsze, mój wielebny ojcze, że twój szał wojskowy zgubny będzie dla ciebie — odpowiedział Rodin z piekielnym uśmiechem. — Kto miecza dobywa, od miecza ginie. A potem marszałek Simon miał dziedziczyć po siwych córkach. Mówiąc między nami... cóż chcesz mój wielebny ojcze?... jakże miałem postąpić?... Wypadało koniecznie poświęcić ciebie dla wspólnego dobra naszego zgromadzenia, tembardziej skoro wiedziałem, co