Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/152

Ta strona została przepisana.


EPILOG.

Smutna i dzika okolica...
Jest to wzgórze, najeżone tu i owdzie ogrommemi skałami granitu, z pomiędzy których gdzie niegdzie wznoszą się pożółkłym, jesiennym liściem okryte brzozy i wielkie, posępne zielony jodły.
Ze szczytu tego wzgórza rozciąga się widok na głębokie, ocienione, urodzajne doliny ledwie nawpół zakryte lekką mgłą wieczorną...
Żyzne błonia, cieniste gaje, uprzątnięte z dojrzałych kłosów pola, coraz bardziej łączą się w ciemne, jednostajne tło, które odbija wydatnie od przezroczystego błękitu nieba.
Tu i owdzie z tych dolin strzelają ostremi szczytami dzwonnice, tu czerwoną dachówką, tam siwym łupkiem pokryte... są to wskazówki wielu rozrzuconych osad.
Nadeszła godzina spoczynku, godzina o której zwykle przez wszystkie okienka chatek widać iskrzący się, pośród zmierzchu, na wiejskich ogniskach rozniecony ogień, a ciemne kłęby dymu wznoszą się z kominów ku niebu.
A przecież, rzecz niesłychana, złowróżbna... w tych wszystkich domostwach, z góry widzianych, w żadnem nie świeci się oknie, z żadnego komina dym się nie unosi...
Rzekłbyś, że wszystkie ogniska pogasły lub zostały opuszczone.
Rzecz jeszcze dziwniejsza, jeszcze smutniejsza.. ze