Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/158

Ta strona została przepisana.


ła przystępu... nagle przycisnął rękę do serca, jakby w niem uczuł niespodzianie gwałtowny ból.
— Ach! — zawołał — czuję... w tej godzinie... wielu z moich... z potomków ukochanej siostry mojej, cierpią i na wielkie wystawieni są niebezpieczeństwa... Jedni w głębi Indyj... drudzy w Ameryce... inni tu, w Niemczech. Walka się wznawia, a ohydne namiętności znowu się rozsrożyły. O ty, która mnie słyszysz, ty, jak ja, przeklęta, Herodjado, dopomóż mi w ich obronie... Niech prośba moja dojdzie cię w głębi pustyń Ameryki, gdzie się znajdujesz w tej chwili... Byleśmy tylko... na czas przybyli!
Wtedy stała się rzecz nadzwyczajna.
Noc nadeszła.
Człowiek ten ruszył z miejsca śpiesznie... lecz niewidzialna siła zatrzymała go i popychała w przeciwną stronę...
W tejże chwili rozległy się piorunujące grzmoty. Burza wyrywała drzewa z korzeniami... wstrząsała skałami.
A pośród tego orkanu przy świetle błyskawicy, widać było człowieka z czarną pręgą na czole, schodzącego z góry po skałach pomiędzy wielkiemi drzewami, uginającemi się pod gwałtownym wiatrem.
Chód tego człowieka nie był już powolny, pewny i jednostajny... ale oporny, chwiejny, nierówny, jak u człowieka, walczącego daremnie z nieprzepartą siłą... lub porwanego w wir gwałtownego orkanu.
Napróżno wyciągał ku niemu rękę, błagając.
Znikł wkrótce pośród ciemności nocy i gromów burzy.