Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/192

Ta strona została przepisana.


chem. — Tak, tak, Kennedy, tygrys w ludzkiej postaci, wpadł w naszą łapkę, a bracia dobrego uczynku ofiarowali tę piękną zdobycz Bohwanii.
— Jeżeli sobie przypominasz, w chwili, kiedyśmy ostatni raz zaciskali około szyi Kennedego zmoczoną chustkę, ujrzeliśmy w pobliżu jakiegoś wędrowca... trzeba było pozbyć się go... Od owego czasu, — dodał Metys, wskazując Indjanina, — pamięć o tym człowieku ściga go we śnie.
— Ściga go?
— Nawet na jawie, — rzekł Metys, spoglądając na Metysa, zminą dającą do myślenia.
— Słuchaj, — odrzekł tenże, wskazując Indjanina, który zaczynał mówić przerywanym głosem: — słuchaj go, ot już powtarza odpowiedzi owego podróżnego, kiedyśmy mu przekładali, że umrze, albo służyć z nami będzie dobrej sprawie... jak silne wywarło to na nim wrażenie!
Istotnie, Indjanin przez sen prowadził głośno jakieś tajemne badanie, w którem kolejno zadawał pytania i odpowiadał na nie.
— Podróżny, — mówił, — co znaczy ta czarna pręga na twem czole? ciągnie się ona od skroni do skroni; zły to znak; twoje spojrzenie smutne, jak śmierć... Czy byłeś już kiedy ofiarą? chodź z nami... Bohwanja mści się za ofiary. Ty cierpiałeś?
— Tak, wiele cierpiałem...
— Dawno?
— O! od bardzo dawna.
— Cierpisz jeszcze?
— Ciągle.
— Cóż myślisz uczynić temu, kto na cię godził?
— Litować się nad nim.
— Chcesz oddać wet za wet?
— Chcę oddać miłość za nienawiść.
— Cóż więc masz w sercu?