Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/218

Ta strona została przepisana.


po dziecko na mamki; była w pałacu księżnej Saint-Dizier, dla widzenia się z panią Grivois, swoją chrzestną matką... jak ci wiadomo, pierwszą garderobianą księżnej... Ta pani Grivois wyraźnie jej to wszystko powiedziała, a ona musi dobrze wiedzieć o wszystkiem, gdyż mieszka w jednym domu.
— Tak, tak, dobra to sztuczka i ta Grivois. Była to niegdyś największa rozpustnica, a teraz czyni tak samo jak jej pani... świętoszka... dewotka, bo jaka pani, taka i sługa...; księżna sama, teraz tak przykładna i skrupulatna, niegdyś wcale inaczej dokazywała... Przypomnijno sobie! piętnaście lat temu... owego pięknego pułkownika od huzarów, margrabiego d‘Aigrigny, co stał na kwaterze w Abbeville, a który tu zawsze przyjeżdżał... No, pamiętasz, emigrant, co służył dawniej gdzieś w obcych krajach, a potem — Burbonowie dali mu pułk.
— Tak, tak, pamiętam, ale zmiłuj się, przestań złośliwie mówić.
— Ja nic złośliwego nie mówię. Pułkownik rozgościł się w zamku i mówiono ogólnie, że łączą go bliskie stosunki z księżną, dzisiejszą dewotką...
— Tak, co prawda, to prawda, dobre to były czasy, biesiady, bale i widowiska niemal co wieczór w zamku...
— Pewnego razu...
Dupont nie mógł dokończyć tego, co chciał powiedzieć. Tłusta służąca, w ubraniu i czepku, jakie noszą w Pikardji, weszła ze słowami:
— Panie... jakiś pan ma interes do pana; przyjechał z Saint-Valery koczykiem pocztowym... mówi, że się nazywa pan Rodin.
— Rodiin?... — rzekł rządca, wstając, — a proś co prędzej.
W kilka minut Rodin wszedł do pokoju rządcy.
Zawsze cokolwiek mniej aniżeli skromnie ubrany,