Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/227

Ta strona została przepisana.


— Więc niema ratunku dla tych okrętów?... — zapytał Rodin.
— Ratunku... jeżeli je wiatr zapędzi na te rafy... żadna siła ludzka uratować ich nie zdoła; od czasu zrównania dnia z nocą, już dwa okręty rozbiły się na tych brzegach.
— Rozbiły się?... I ludzie z calem mieniem zginęli? Ach: to okropne, — rzekł Rodin.
— Przy takiej burzy, na nieszczęście, mała jest nadzieja ocalenia tych ludzi; ale cóż robić, — rzekł rządca, zwróciwszy się do żony, — ja pobiegnę na brzeg ze wszystkimi folwarcznymi ludźmi, będziemy próbowali, może się da uratować tych nieszczęśliwych; każ rozpalić ogień na kominkach w kilku pokojach, przygotuj bieliznę, odzież, lekarstwa... Nie mam nadziei, żeby się dało uratować... lecz trzeba próbować... Pójdzie pan ze mną, panie Rodin?
— Poczytywałbym sobie za obowiązek, gdybym tylko mógł przydać się panu na co; lecz mój wiek... moja słabość, czynią mnie do tej posługi nieużytecznym, — rzekł Rodin, który ani wiedzieć chciał o burzy. — Żona pańska zechce mi pokazać zielony pokój, zabiorę stamtąd rzeczy, po które przyjechałem i odjadę natychmiast do Paryża, gdyż bardzo się spieszę...
— Dobrze, panie, żona Zaprowadzi pana, a ty każ dzwonić, — rzekł do sługi; — niech wszyscy ludzie idą za mną nad morze, niech wezmą linki i drągi.
— Dobrze, mój mężu, ale ty nie narażaj się.
— Pocałuj, aby mi się szczęściło, — rzekł rządca, potem wyszedł spiesznie, wołając:
— Prędko... prędko, bo może już ani deski z okrętu nie zastaniemy.
— Moja pani! racz mię zaprowadzić do zielonego pokoju, — rzekł Rodin, ciągle obojętny.
— Proszę pana iść za mną, — odrzekła Katarzyna, ocierając oczy, gdyż bała się o los swego męża.