Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/237

Ta strona została przepisana.


— Tak, pani.
W kilka chwil później Dupont wszedł do sali; z odzieży jego lała się strumieniami woda; dla utrzymania na głowie kapelusza podczas wielkiej burzy, przywiązał go chustką; buty miał zawalane błotem.
— A! przecież powracasz, mój mężu! byłam o ciebie tak niespokojna — zawołała żona, całując go z czułością.
— Dotąd... troje ocalonych.
— Bogu dzięki... mój kochany panie Dupont — rzekł Rodin — przynajmniej usiłowania pańskie nie były daremne.
— Troje... tylko troje, mój Boże! — rzekła Katarzyna.
— O tych ci tylko mówię, których widziałem... blisko małej przystani Goeland. Spodziewać się należy, że i w innych miejscach wybrzeża dosyć przystępnych, zostanie więcej uratowanych.
— Słusznie mówisz... bo przecież brzegi nie wszędzie są równie dostępne.
— A gdzież są te rozbitki, panie Dupont? — zapytał Rodin, który zatrzymał się jeszcze z odjazdem.
— Wchodzą na brzeg... a nasi ludzie prowadzą ich. Ponieważ idą powoli, pobiegłem naprzód, ażeby dać znać mojej żonie i poczynić przygotowania; najprzód trzeba jak najprędzej przysposobić odzież dla kobiet...
— Czy jest i kobieta między wyratowanymi?
— Są dwie młode dziewice... piętnaście lub szesnaście lat najwięcej mające... jeszcze dzieci... a tak piękne!...
— Biedne dzieci!... — rzekł Rodin z udanem politowaniem.
— Ten, któremu winne są życie, jest razem, z niemi... No, powiedzieć o nim można, że to bohater!...
— Bohater...
— O! tak. Wystaw sobie...
— Zaraz mi o nim opowiesz... weź-że przynajmniej szlafrok, boś mokry... napij się ciepłego wina... oto masz..