Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/240

Ta strona została przepisana.


niepokoju na przybycie rozbitków; wkrótce tkliwy widok przedstawił się jego oczom.
Z głębi tej ciemnej galerji, mającej tylko kilka okien, zbliżały się zwolna trzy osoby, które prowadził wieśniak.
Grupa ta składała się z dwóch dziewczyn i nieustraszonego mężczyzny, któremu winne były swe życie... Róża i Blanka, jedna po prawej, druga po lewej ręce otaczały swego zbawcę, który, idąc z wielką trudnością, lekko się wspierał na ich ramionach.
Młody był jeszcze; jasne, jak len, długie włosy, na czole się rozdzielające, spadały na kołnierz obszernego płaszcza, którym go okryto. Trudno byłoby opisać, jak dobrotliwie wyglądała blada, miła twarz, tak zachwycająca, iż chyba tylko pędzel Rafaela pozostawić mu mógł podobne ideały... tylko ten boski artysta zdolny był odtworzyć melancholijny wdzięk tego czarownego oblicza, czystość jego niebiańskiego wzroku, owych anielskich jasno-błękitnych oczu... jakby u wstępującego, w niebo męczennika.
Tak jest, męczennika, gdyż krwawa obwódka otaczała już tę zachwycającą głowę.
Rzecz bolesna dla patrzącego... ponad jasnemi brwiami wąska blizna od rany, przed kilkoma miesiącami poniesionej, otaczała jego piękne czoło jakby purpurową przepaską; rzecz jeszcze smutniejsza, iż ręce miał okrutnie przebite ukrzyżowaniem; podobnież widać było rany na nogach... z trudnością szedł, bo rany te otworzyły się na ostrych skałach, po których biegł, niosąc ratunek.
Młodzieńcem tym był Gabrjel, ksiądz, należący do misji zagranicznej, przybrany syn żony Dagoberta.
Córki jenerała Simon, skoro odzyskały przytomność po rozbiciu, i mogły już same iść po skałach, nie chciały, aby kto inny wspierał chwiejny chód tego, który dopiero co zbawił je od niechybnej śmierci.
Z czarnych sukni Róży i Blanki strumieniem lała się woda, na ich pobladłych twarzach malowało się wielkie