Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/242

Ta strona została przepisana.


ka, mimowolnie zerwawszy się, pobiegły do drzwi... Przybiegły do nich jednocześnie z Dagobertem. Żołnierz słowa wymówić nie mógł; upadł w progu na kolana i wyciągnął ręce do córek generała Simon... A równocześnie Ponury przyskoczył do nich i począł im lizać ręce... Dagobert tak był wzruszony... że, ujrzawszy sieroty, w tył się bezsilnie pochylił i byłby upadł, gdyby go nie przytrzymali wieśniacy.
Róża i Blanka, choć bardzo osłabione i wzruszone, poszły za omdlałym Dagobertem, którego przeniesiono do przyległego pokoju.
Na widok żołnierza, zmarszczyła się twarz Rodina, bo aż do owego czasu sądził, że przewodnik córek generała Simon już nie żyje.
Misjonarz, znużony trudami, usiadł na krześle i nie spostrzegł jeszcze Rodina.
Nowa osoba, mężczyzna śniadej cery, wszedł do tegoż pokoju. Przybysz, któremu dano bluzę i spodnie wieśniacze, zbliżył się do misjonarza i rzekł doń po francusku, ale obcym akceptem:
— Księcia Dżalmę dopiero co tu przyniesiono... Gdy odzyskał przytomność, najpierw zapytał o pana.
— Co ten człowiek mówi? — zawołał Rodin piorunującym głosem, gdyż na imię: Dżalma, jednym skokiem przybiegł do Gabrjela.
— Pan Rodin! — zawołał misjonarz, cofając się ze zdziwienia.
— Pan Rodin! — zawołał drugi uratowany, i od tej chwili już oko jego ani na chwilę nie oderwało się od korespondenta Jozuego.
— Pan tu jesteś?... — rzekł Gabrjel, przystępując do Rodina, z uszanowaniem i obawą.
— Co ci powiedział ten człowiek? — spytał Rodin zmięszanym głosem. — Czyż nie wymienił imienia księcia Dżalmy?...