Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/247

Ta strona została przepisana.


— Dobrze przynajmniej, że go widzimy...
— Jak w więzieniu w Lipsku... owej czarnej nocy.
— I tym razem znowu nas wyratował.
— Gdyby nie on... dziś zrana byłybyśmy zginęły...
— Ale, moja siostro, zdaje mi się, że, w naszych snach, twarz jego jakby jaśniała światłem?
— Tak... ledwo mogłyśmy na niego patrzeć...
— I nie był wtenczas tak smutny.
— Ale, bo widzisz, wtedy przychodził z nieba, a teraz jest na ziemi.
— A czy miał wtedy na czole tę ciemno-różową pręgę?
— Och! nie; byłybyśmy ją spostrzegły.
— A widzisz te blizny na rękach?
— A! więc jeśli został raniony... to nie jest aniołem?
— Dlaczego przypuszczasz, moja siostro? A może poniósł te rany, chcąc ochronić od nieszczęścia, lub ratując osoby, które, podobnie jak my, były w niebezpieczeństwie?
— Słusznie mówisz... gdyby się nie narażał na niebezpieczeństwa, ratując osoby, któremi się opiekuje, nie byłby tak piękny....
— Jaka szkoda, że ma zamknięte oczy...
— Jego spojrzenie jest tak dobre, tak tkliwe!
— Dlaczego nic nam nie powiedział o naszej matce?
— Nie same byłyśmy z nim... nie chciał...
— A teraz same jesteśmy...
— A gdybyśmy też poprosiły go żeby nam powiedział...
I siostry spojrzały na siebie naiwnie, jakgdyby zapytując się nawzajem; ich zachwycające twarze pokrył lekki rumieniec, a dziewicze serce bić zaczęło mocniej pod czarną suknią.
— Dobrze mówisz... poprośmy go.
— O mój Boże! siostro, jak nasze serca biją — rzekła Blanka, — a jak nam miło! Zdawałoby się, że nas spotka coś pomyślnego.
I siostry zbliżyły się na palcach do krzesła, uklękły, zło-