Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/251

Ta strona została przepisana.


— A twoja rama? — spytała Róża z uczuciem — powiedz nam, przecież nie jest niebezpieczna?
— Czy boli cię jeszcze? — dodała Blanka.
— Nie, moje dzieci... to chirug zawiązał mi ten bandaż; ja choć miewałem głowę pokiereszowaną szablą, przecie nigdy się tak nie pieściłem, uważać mnie jeszcze będą za starego pieszczocha; a to tylko biała rana, i mam ochotę...
Żołnierz sięgnął ręką do bandaża.
— Ależ daj pokój, nie ruszaj tego! — rzekła Róża, przytrzymując rękę Dagoberta.
— Czy tobie nie wstyd... w tym wieku być tak niecierpliwym, — dodała Blanka.
— Dóbrze, dobrze! nie łajcie mnie już, zrobię, co chcecie... pozostawię ten bandaż.
Potem, odprowadziwszy siostry do kąta salonu, rzekł im pocichu, spoglądając z ukosa na księdza:
— Cóż to za jeden... co was trzymał za ręce... gdym ja nadszedł... wygląda jakoś na księdza...., Ale widzicie, moje dzieci, trzeba się strzec... gdyż.,,,
— On!! — zawołały Róża i Blanka, zwracając się ku Gabrjelowi, — ależ gdyby nie on... jużbyśmy cię nie mogły teraz ani widzieć, ani ściskać...
— Jakto? — zawołał żołnierz, nagle się prostując i patrząc ma misjonarza.
— To nasz anioł stróż, — rzekła Blanka.
— Gdyby nie on, — rzekła Róża, — zginęłybyśmy dziś zrana podczas rozbicia okrętu.
— On... to on... który..., Dagobert nie mógł mówić więcej.
Z przepełnionem wdzięcznością sercem, ze łzami w oczach, pobiegł do misjonarza i, wyciągając do niego ręce, z niewymowną radością zawołał:
— Panie, tobie winienem życie tych dwojga dzieci.... Wiem, jaki mam dla ciebie obowiązek... nie mówię ci nic