Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/27

Ta strona została przepisana.


— Na rogi djabelskie! — krzyknął Goljat. — Nie rozumiem nic a nic. Szkoda, że Karola tu niema, on taki dowcipny, pomógłby mi zrozumieć, dlaczego nie pozwalasz mi karmić głodnych zwierząt.
— Czy prędko Karol powróci?
— Już powrócił... i odjechał... po raz drugi.
— Cóż się więc tu dzieje? Jest w tem coś, Karol przyjeżdża, wyjeżdża... i...
— Nie o Karola tu idzie, lecz o ciebie; ty jesteś dowcipny, kiedy chcesz... tak dowcipny, jak on. — I Morok poufale poklepał po ramieniu olbrzyma, zmieniając nagle wyraz twarzy i sposób mówienia. Ot naprzykład można zarobić dziesięć florenów tej nocy a ty będziesz tyle dowcipny, że je dostaniesz... pewny tego jestem.
— W takim interesie, tak, jestem dowcipny — rzekł olbrzym, uśmiechając się z głupowatą i zadowoloną miną. — Cóż trzeba uczynić, żeby zarobić te dziesięć florenów?
— Zobaczysz... Naprzód pójdziesz d burmistrza, lecz pierwej jeszcze rozpalisz tę fajerkę (wskazał ją gestem Goljatowi).
— Tak, mistrzu... — rzekł olbrzym z głupowatą pokorą, wyrzekłszy się chęci zbadania przyczyn dziwnego postanowienia Moroka względem zwierząt, które głód mógł doprowadzić do szaleństwa.
— Włożysz w fajerkę te laskę stalową, aby się rozpaliła do czerwoności, — dodał Morok.
— Tak, mistrzu.
— Zostawisz ją tam, pójdziesz do burmistrza i powróciwszy będziesz czekać tu na mnie.
— Tak mistrzu.
— Ciągle utrzymywać będziesz ogień w fajerce.
— Tak, mistrzu.
Morok miał iuż wychodzić; lecz obróciwszy się zapytał: