Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/270

Ta strona została przepisana.


smacznem... O! jaka z ciebie łakotnisia, moja mamo...
I, mówiąc to, kowal chciał jeszcze raz pocałować matkę.
— No dosyć już... jeszcze mi rynkę wywrócisz...
— O! tego nie zrobię, moja mamo, taki zapach... Pozwól, mamo, zobaczyć, co tam jest.
— Zaczekaj, później zobaczysz...
— Złożyłbym się, że to kartofle ze słoniną, które tak lubię.
— A sobota! zapomniałeś, czy co! — odrzekła Franciszka tonem łagodnej nagany.
— A prawda! — rzekł Agrykola, — ale i ja przypomniałem sobie — dodał — i oto, moja matko, mój tygodniowy zarobek.
— Dziękuję ci, moje dziecko, włóż go do szafy.
— Dobrze, mamo.
— Ach, co ja widzę! — rzekła nagle młoda wyrobnica w chwili, kiedy Agrykola niósł do szafy pieniądze, — jakiż to piękny kwiat masz w ręce, Agrykolo, nigdy podobnego nie widziałam, i to jeszcze wśród zimy... Czy widzicie, pani Franciszko?
— O! mamo — odezwał się Agrykola, przystępując do matki, dla pokazania jej kwiatu. — Obacz, mamo, powąchaj, jaki zapach... bo pachnie, jak wanilja z kwiatem pomarańczowym.
— Prawda, moje dziecko, o! jak pachnie, i jak piękny — rzekła Franciszka, składając ręce z podziwu.
— Skąd-że go wziąłeś?
— Ja wziąłem, moja matko? — odrzekł Agrykola ze śmiechem. — Alboż to można znaleźć coś podobnego, idąc od rogatki Maine na ulicę Brie-Miche?
— No, to któż ci go dał? — spytała Garbuska, równie ciekawa, jak Franciszka.
— Aha! ja wiem, że ciekawe jesteście dowiedzieć się... ano, więc powiem... to zarazem dowiecie się, dlaczego wra-