Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/279

Ta strona została przepisana.


— Dlatego, że nie chcę już narażać cię na przykrości z mego powodu...
— O!... daruj... daruj — rzekł kowal, z szczerym żalem i uderzył się w czoło.
Odmowa Garbuski miała następujący powód: Czasami, bardzo rzadko, (była bowiem zawsze bardzo trwożliwa) biedna dziewczyna chodziła na spacer z Agrykolą i jego matką; dla szwaczki była to rzadka uroczystość; wiele ona musiała nie spać nocy, wiele pościć dni, aby sobie sprawić jaki taki czepeczek, jaką taką chusteczkę, aby nie zrobić wstydu Agrykoli i jego matce; przechadzki, odbywane z tym, którego potajemnie ubóstwiała, były dla niej jedyną radością.
Podczas ostatniego spaceru jakiś mężczyzna, rubaszny, prostak, grubjanin tak ją potrącił łokciem, iż biedna dziewczyna nie mogła powstrzymać okrzyku bólu... Na krzyk ten brutal odpowiedział...
— Dobrze ci tak, Garbusie!
Agrykola, jak ojciec, obdarzony był ową cierpliwą dobrocią, jaką siła i śmiałość nadają ludziom uczciwym i szlachetnego serca; ale gwałtowny był, gdy chodziło o ukaranie nikczemnej zniewagi.
Oburzony złośliwością i grubjaństwem przechodnia Agrykola puścił rękę matki, a zwróciwszy się do napastnika, takiegoż jak on wieku, wzrostu i siły, wymierzył mu dwa potężne policzki.
Grubjanin chciał mu oddać, lecz Agrykola raz jeszcze uderzył go w twarz, ku wielkiemu zadowoleniu obecnego tłumu. Przeciwnik uciekł wykrzyczany i wygwizdany.
O tym przypadku wspomniała Garbuska, mówiąc, że nie chce wychodzić z Agrykolą aby go nie narazić na nieprzyjemności.
Łatwo pojąć, jak przykro było kowalowi, że mimowoli przypomniał to zajście... niestety! boleśniejszem jeszcze było to dla Garbuski, niż przypuścić mógłby Agrykola, bo