Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/334

Ta strona została przepisana.


Adrjannę Cardoville, składał się z parteru, do którego się wchodziło z przedsionka, po kilku schodach: mała sień prowadziła do okrągłego salonu, oświeconego z góry; z tym salonem, stykały się cztery pokoje i kilka izb w antresolach dla służących.
Podobne budowle przy wielkich posesjach w naszych czasach nie bywają zamieszkane, albo też przerabiają je na oranżerje; lecz osobliwszym wyjątkiem pawilon pałacu Saint-Dizier został odrestaurowany; białe jego mury świeciły się jak marmur kanaryjski, a odświeżona, powabna jego budowa szczególnie odbijała od ponurych gmachów, które widać było na drugim końcu obszernej, zielonej równiny, na której tu i owdzie rozrzucone zostały wielkie klomby zielonych drzew.
Następująca scena odbywała się nazajutrz po przybyciu Dagoberta z córkami generała Simon.
Na pobliskim kościele wybiła godzina ósma rano, pogodne zimowe słońce świetnie wschodziło na czysto lazurowem niebie, z za wielkich, ogołoconych drzew, które w lecie tworzyły zieloną kopułę nad pawilonem.
Drzwi w przedsionku otworzyły się, a promienie słońca oświeciły dwie ładne istoty, z których jedna zwłaszcza odznaczała się niezwykłą pięknością.
Inaczej mówiąc, była to młoda dziewczyna i śliczna suczka, z wyżełków angielskich, z gatunku, który Anglicy nazywają King’s Charles. Obie pokazały się pod perystylem rotundy.
Młodej dziewczynie było na imię Żorżetta, suczkę nazywano Lutyną.
Żorżetta ma lat osiemnaście: nigdy Floryna czyli Marion, nigdy subretka Marivana nie miała zgrabniejszej figurki, żywszego oka, figlarniejszego uśmiechu, bielszych ząbków, bardziej rumianych lic, powabniejszej kibici, piękniejszej nóżki, wdzięczniejszych ruchów.
Lubo jeszcze było dość rano, Żorżetta starannie już była