Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/391

Ta strona została przepisana.


— Pan Baleinier nie zaniedbuje nigdy nastawiać na te, napozór bardzo mało znaczące, okoliczności...
— A to w istocie, rzecz bardzo ważna — odrzekł d’Aigrigny.
— Panna Adrjanna — mówił dalej doktór — odpowiedziała na moje uwagi, śmiejąc się ze mnie, jak tylko można nauprzejmiej, a wyznać trzeba, że obdarzona jest dowcipem i rozsądkiem niepospolitym.
— Doktorze!... — doktorze!... — zawołała księżna — przynajmniej nie okazuj słabości!
Zamiast odpowiedzieć odrazu, Baleinier dobył złotej tabakierki z kieszonki w kamizelce, otworzył ją i wziął trochę tabaki, którą poniósł do nosa, bardzo powoli zażył, patrząc na księżnę, z miną tak znaczącą, iż ją zupełnie uspokoił.
— Słabości!... ja, pani? — rzekł — nareszcie, strzepując tabakę białą, pulchną ręką — czyż nie ofiarowałem się pani dobrowolnie, alby ją wyprowadzić z kłopotu, w jakim ją widziałem?
— I ty jeden w świecie mogłeś wyświadczyć nam tę ważną przysługę — rzekł margrabia d’Aigrigny.
— Widzisz przeto pani dobrze — rzekł doktór — że nie jestem człowiekiem słabym, gdyż doskonale pojąłem zakres mego działania... idzie tu, jak mi mówiono, o interes tak ważny...
— W rzeczy samej bardzo ważny — potwierdził margrabia.
— Więc nie powinienem się był wahać — odrzekł Baleinier — i państwo nie macie potrzeby obawiać — się!... pozwólcie mi, abym jako człowiek z gustem i człowiek dobrego towarzystwa, oddał sprawiedliwość i hołd miłemu dowcipowi i rozsądkowi panny Adrjanny, a kiedy przyjdzie chwila działania, zobaczycie moje czyny.
— Może... chwila ta nadejdzie prędzej, aniżeliśmy myśleli — wtrąciła księżna, zamieniając spojrzenie z margrabią d’Aigrigny.