Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/399

Ta strona została przepisana.


kraczał poza sferę zimnej wyniosłości i surowej cnoty, która zupełnie paraliżowała jego ujmujące przymioty.
To tych przedwtępnych objaśnieniach łatwo pojąć, jak różnorodne uczucia kierowały aktorami tej sceny.
Pani Saint-Dizier siedziała w wielkiem krześle przed kominkiem.
Margrabia d’Aigrigny stał obok niej.
Doktór Baleinier, siedząc przy biurku, zaczął przerzucać kartki z biografją barona Tripeaud.
A baron jakby się przypatrywał z wielką uwagą biblijnemu obrazowi, zawieszonemu na ścianie.
— Wezwałaś mnie, ciotko, dla pomówienia ze mną o ważnym interesie? — zagadnęła Adrjanna, przerywając kłopotliwe milczenie, panujące w salonie, od chwili jej przybycia.
— Tak, moja panno, idzie tu o bardzo ważną rozmowę.
— Jestem na rozkazy ciotki...
Usiedli wszyscy koło stołu gabinetowego księżny.
— A w czem rozmowa nasza obchodzić ma tych panów, ciotko? — zapytała panna Cardoville.
— Ci panowie to dawni przyjaciele naszego domu; wszystko ich obchodzi, co tylko ciebie dotyczy, powinnaś ich rad słuchać i przyjąć je z uszanowaniem...
— Moja ciotko, nie wątpię o szczególnej przyjaźni tych panów dla naszego domu, lecz, zanim przyjmę ich za widzów, czy za powierników naszej rozmowy, chciałabym wiedzieć, o czem mamy mówić...
— Niech i tak będzie — odrzekła księżna Saint-Dizier oschłym tonem — oddawna już przywykłam do kaprysów twego niesfornego umysłu; sądzę więc, że, będąc śmiałą, jak sama wyznajesz, nie powinnaś się obawiać wypowiedzenia wobec tak szanownych osób tego cobyś mi powiedziała sam na sam...
— A więc mam być formalnie badana i w jakim to przedmiocie?