Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/418

Ta strona została przepisana.


— Idzie tu zapewne o biednego chorego, który pokłada w panu całą swoją ufność... który na pana oczekuje, który cię wzywa... A! kochany Baleinier, nie odrzucaj jego prośby... czyż nie miło jest dowieść, że słusznie pokładają w nas zaufanie...
Szczególny był zbieg okoliczności, a zarazem nadzwyczajna sprzeczność między treścią listu, napisanego w tej chwili przez najzaciętszego wroga Adrjanny, a słowami, politowania, które wymówiła tkliwym głosem współczucia; sprzeczność ta nie uszła uwagi doktora i sprawiła na nim pewne wrażenie.
Spojrzał na pannę Cardoville z miną prawie zakłopotaną i rzekł:
— W rzeczy samej... idzie o pacjenta, który wiele na mnie liczy... bodaj czy nie zawiele... gdyż żąda ode mnie rzeczy niepodobnych... Ale dlaczego ujmujesz się pani za nieznajomym?
— Jeżeli biednym jest... to go znam... Mój protegowany, dla którego proszę pana o opiekę ministra, jest dla mnie prawie także nieznany... a teraz zajmuje mnie jak najmocniej; bo, wyznać panu muszę, mój protegowany jest synem owego poczciwego żołnierza, który przyprowadził tu z głębi północnej Azji córki marszałka Simon.
— Jakto?... Pani protegowany jest...
— Rzemieślnikiem... podporą rodziny... lecz muszę opowiedzieć panu wszystko.. tak jak się rzeczy działy...
Zwierzeniom Adrjanny przeszkodziła pani Saint-Dizier, która, poprzedzając margrabiego, gwałtownie otworzyła drzwi od swego gabinetu.
Margrabia d’Aigrigny, wchodząc do gabinetu, spojrzał na doktora wzrokiem pytającym, niespokojnym.
Doktór odpowiedział odmownem potrząśnięciem głowy.
Margrabia przygryzł wargi z wściekłością; ostatnią nadzieję >pokładał w doktorze, musiał więc uważać swe pro-