Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/420

Ta strona została przepisana.


Na wyraz „boisz się“ Adrjanna de Cardoville rzuciłaby się w ogień.
Dumnem i szlachetnem poruszeniem wyrwała się, z rąk ciotki, rzuciła na krzesło kapelusz, który już miała w ręku, i, wracając do stołu, rzekła:
— Pomimo wstrętu do tego wszystkiego, co się tu dzieje, zostaję... nie chcę, aby mnie posądzono o tchórzostwo, mów pani... słucham.
Wtedy księżna zamierzyła po kropli sączyć truciznę, którą była przepełniona, aby jak najdłużej przeciągnąć męczarnie ofiary, pewna już będąc, że się jej nie wymknie.
— Panowie — wyrzekła przytłumianym głosem — opowiem wam, co się stało... Gdy mi dano znać, że komisarz chce się widzieć ze mną, udałam się do niego; grzecznie się usprawiedliwiał, że mię niepokoi, lecz musi spełnić swą pownność... Mężczyznę podejrzanego, którego kazano aresztować, widziano dziś zrana wchodzącego do pawilonu...
Na te słowa Adrjanna poruszyła się, gdyż nie było wątpliwości, że idzie tu o Agrykolę.
Wnet jednak odzyskała przytomność, w przekonaniu, że miejsce, w którem się ukrył Agrykola, jest bezpieczne.
— Komisarz — mówiła dalej księżna — żądał ode mnie pozwolenia na poszukiwanie tego mężczyzny w pałacu i pawilonie... Miał do tego prawo. Prosiłam go, aby zaczął od pawilonu i towarzyszyłam mu... Pomimo niepojętych dziwactw i ekscentrycznego postępowania tej... panny, ani mi przez głowę przeszło, wyznaję to szczerze, aby chciała się mieszać do spraw politycznych... Tymczasem omyliłam się...
— Co pani przez to rozumiesz? — zapytała Adrjanna.
— Zaraz się o tem dowiesz — odparła księżna triumfującym tonem. — Przyszła i na ciebie kolej... na ciebie, któraś przed chwilą była szyderczą i dumną... Idę więc