Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/43

Ta strona została przepisana.


Pies wstał, znowu zawarczał, i położył na kołdrze swą wielką, pojętną głowę, ciągle spoglądając z ukosa na okno; dwie siostry nachyliły się ku niemu, dla pogładzenia szerokiej głowy, znacznie wypukłej w pośrodku, co dowodzi niepospolitej czystości rasy.
— Czego ty tak warczysz, Ponury? — rzekła Blanka, zlekka pociągnąwszy go za uszy — no, mój dobry psie?
— Biedne zwierzę, zawsze tak niespokojne, kiedy Dagoberta niema.
— Prawda, zdaje się, że wie o tem, iż więcej jeszcze pilnować nas wtedy powinien.
— Siostro, Dagobert spóźnił się powiedzieć nam dobranoc.
— Pewno karmi Jowialnego.
— No! to mi przypomniało, żeśmy nie powiedziały dobranoc naszemu staremu Jowialnemu.
— Mocno mnie to martwi...
— Prawda, taki wesoły, kiedy nam liże ręce... Zdaje się, że dziękuje za nasze odwiedziny...
— Szczęście, że Dagobert powie mu dobranoc za nas.
— Dobry Dagobert! zawsze nami zajęty; jak on nas psuje... My sobie próżnujemy, a on ciągle kłopocze się...
— Lecz jakże temu zaradzić?
— Jakie nieszczęście, że nie jesteśmy bogate, mogłybyśmy zapewnić mu nieco odpoczynku!
— Bogate!... my... niestety! moja siostro... zawsze tylko będziemy biednemi sierotami.
— Ale przecież ten medalik?
— Zapewne, jakaś nadzieja przywiązuje się do tego; inaczej nie wybrałybyśmy się w tak daleką podróż.
— Dagobert obiecał nam wszystko siejszego wieczora. — I dziewczyna mówić dalej nie mogła.
Dwie szyby w oknie strzaskały się z wielkiem łoskotem.