Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/430

Ta strona została przepisana.


Aby odwrócić jej uwagę zręcznym manewrem, doktór zawoła! nagle:
— O mało nie zapomniałem!... gdzież ja mam głowę?...
— Cóż to... o oo idzie? — zapytała Adrjanna, żywo się do niego zwracając.
— Przypomniałem sobie o ważnej rzeczy, potrzebnej, aby nasza prośba miała powodzenie.
— Cóż to takiego?.. — zapytała niespokojnie Adrjanna.
— Wszyscy ludzie mają swoje słabości, a minister ma ich więcej, niż inni; mój przyjaciel, zresztą człowiek bardzo rozsądny, niezmiernie lubi swój tytuł, i przyjąłby panią dosyć oschle... gdybyś go nie powitała tytułem: panie ministrze.
— Mniejsza o to, kochany doktorze, jeśli potrzeba, tytułować go będę Ekscelencja — rzekła Adrjanna z uśmiechem. — O ile wiem, taki jest tytuł ministrów.
— Nie teraz... zaniechano już tego tytułu; ale tem lepiej, tem przyjemniej mu będzie, jeśli mówić pani do niego będzie Ekscelencjo.
— Bądź pan spokojny, będę się starała pochlebiać próżności pańskiego przyjaciela.
— Polecam go pani, a protegowany pani w dobre dostanie się ręce — mówił doktór, widząc z zadowoleniem, że powóz przejeżdżał przez ciemne ulice, prowadząc z placu Odeon w okolice Panteonu, — teraz bardzo rad jestem z tej drobnej słabości mego przyjaciela, ministra, gdyż może nam dopomóc.
— Zresztą ten mały podstęp jest dość niewinny — dodała panna Cardoville — i wyznam panu, że nie mam co do tego skrupułu, gdy się do niego uciekam.
Potem, nachyliwszy się do drzwiczek, mówiła dalej:
— Mój Boże, jakże te ulice są czarne i smutne... co za wiatr, jaki śnieg... w jakiej to jesteśmy okolicy?
— Jakto, niewdzięczna, nie poznajesz swej ulubionej okolicy, przedmieścia Św. Germana?
— Myślałam, żeśmy je już dawno minęli.