Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/434

Ta strona została przepisana.


Adrjanna, znużona doznanemi wzruszeniami, drżała co chwila, bo zimno coraz bardziej było przejmującem, a zapomniała wziąć szal lub okrycie.
Od niejakiego czasu powóz toczył się obok długiego i wysokiego muru, który bielał wśród śniegu w czasie ciemnej nocy.
Naokoło była cisza ponura, głucha.
Powóz zatrzymał się.
Lokaj pobiegł do bramy, aby zapukać w szczególny sposób; najpierw uderzył dwa razy prędko raz po raz, a po niejakim przestanku trzeci raz.
Adrjanna nie zauważyła tego wcale, bo uderzenie nie bardzo było głośne, a zresztą, doktór zaraz zaczął mówić, aby głosem zagłuszyć te znaki porozumiewawcze.
— Nareszcie przybyliśmy — zawołał wesoło — starajże się pani być jak najpowabniejszą, taką, jaką bywasz zawsze, kiedy jesteś w dobrym humorze.
— Bądź pan spokojny, starać się będę wszelkiemi siłami — rzekła Adrjanna z uśmiechem, poczem dodała, drżąc od zimna — O! jak zimno!... Przyznam się panu, że, skoro tylko odwiedzę moje biedne sieroty u matki tego młodzieńca, śpieszyć będę co żywo do mego ładnego salonu, który tak ciepły i oświecony, aż miło, bo pan wiesz, jak nie cierpię zimna i ciemności.
— Naturalnie — odrzekł doktór zalotnie — najpiękniejsze kwiaty tylko w cieple i przy słońcu rozkwitają.
Podczas gdy panna de Cardoville i doktór byli zajęci rozmową, ciężka wjazdowa brama zaskrzypiała na zawiasach, i powóz wjechał na dziedziniec.
Doktór wyszedł najpierw dla podania ręki Adrjannie.