Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/44

Ta strona została przepisana.


Sieroty, krzyknąwszy przestraszone, rzuciły się w objęcia jedna drugiej, a pies szczekając ze wściekłością rzucił się ku oknu...
Blade, drżące, bezwładne z przestrachu, objąwszy się nawzajem, dwie siostry stłumiły oddech; zdjęte trwogą, nie śmiały rzucić okiem w stronę okna.
Ponury, oparszy przednie łapy o okno, nie przestawał szczekać zajadle.
— Niestety!... cóż się stało? zcicha rzekły sieroty — a tu Dagoberta niema...
Potem Rózia nagle schwyciwszy siostrę za rękę:
— Słuchaj... słuchaj... ktoś idzie po schodach.
— Mój Boże!... zdaje mi się, że to nie Dagoberta chód, czy słyszysz jak ciężkie stąpanie?
— Ponury, pójdź tu... zaraz tu, bronić nas — zawołały sieroty w największym przestrachu.
Rzeczywiście, nietylko, że nadzwyczaj ciężkie stąpanie rozległo się głośno po drewnianych schodach, ale szczególnego rodzaju szelest słyszeć się dawał wzdłuż cienkiej ściany, dzielącej izdebkę od sieni.
Nareszcie coś ciężkiego, upadłszy u drzwi, mocno niemi wstrząsnęło.
Dziewczęta najsilniej przerażone, spojrzały na siebie nie rzekłszy ani słowa.
Drzwi się otworzyły.
Był to Dagobert.
Na jego widok, Rózia i Blanka uścisnęły się z radością jakgdyby uniknęły wielkiego niebezpieczeństwa.
— Co wam jest? czego się tak lękacie? — zapytał żołnierz mocno zdziwiony.
— Oh! gdybyś wiedział! — rzekła Rózia drżącym głosem, bo serce jej i siostry biło gwałtownie!
— Gdybyś wiedział, co tu się działo.
— A potem nie poznałyśmy twego chodu... Wydał się nam tak ciężki... a potem ten szelest... za ścianą...
— Ależ, moi mali tchórze, nie mogę iść po schodach