Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/457

Ta strona została przepisana.


kata?... tego nie wiem... ale mówię mu: masz moją przyszłość... moje życie... bierz... już nie mam mocy bronić się przed tobą.
Te tkliwe słowa rezygnacji, rozdzierającej serce, zadały ostatni cios wahaniu doktora Baleinier.
Okrutnie wzruszony tą sceną, nie myśląc o skutkach tego, co zamierzał uczynić, chciał przynajmniej uspokoić nieszczęśliwą Adrjannę co do strasznej a bezzasadnej obawy, którą w niej zdołał wzbudzić. Czytać można było uczucie żalu i życzliwości w fizjognomji doktora Baleinier.
W chwili, gdy się zbliżał do panny de Cardoville, chcąc ująć ją za rękę, głos piskliwy, ostry, dał się słyszeć poza drzwiami i wymówił te słowa:
— Panie Baleinier!...
— Rodin... — mruknął przestraszony doktór — on mnie podsłuchiwał!
— Kto to pana woła? — spytała Adrjanna doktora.
— Osoba której wyznaczyłem tu miejsce do pomówienia, dziś rano... aby pójść razem do klasztoru Panny Marji, który jest stąd niedaleko — odrzekł doktór zmartwiony.
— A teraz cóż mi pan odpowiesz? — zapytała Adrjanna, dręczona niepewnością.
Po chwili uroczystego milczenia, podczas którego doktór poglądał ku drzwiom, rzekł głęboko wzruszonym głosem:
— Jestem... jak byłem zawsze... twoim przyjacielem... niezdolnym oszukać cię...
Adrjanna zbladła jak śmierć.
Potem wyciągnęła rękę do doktora, mówiąc do niego głosem, któremu starała się nadać jak najwięcej mocy:
— Dziękuję... będę spokojna... A czy długo to potrwa?
— Może miesiąc... samotność... zastanowienie, stosowna djeta, moje usilne starania... uspokój się pani, wszystko będzie ci dozwolone, co nie jest szkodliwe w twojem położeniu; otoczoną będziesz wszelkimi należnymi ci wzglę-