Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/51

Ta strona została przepisana.


kitnemi oczyma, panienki; — potem, po chwili milczenia, wzruszył ramionami i usiadł znowu.
— Patrzcie... jak głupi słucham, co bałamucicie przede mną... Chcecie ze mnie żartować... nieprawdaż?
— Nie, Dagobercie, to, co mówimy, to prawda... niezawodna prawda...
— Wiesz... żeśmy nigdy nie kłamały — dodała Rózia.
— Mają słuszność, nic prawdziwszego... nigdy nie kłamały — rzekł żołnierz, którego niespokojność powróciła znowu. — Ależ, do licha, jakim sposobem nastąpić mogły te odwiedziny. Ja śpię wpoprzek u samych drzwi; zewnątrz Ponury pod waszem oknem, a przecież błękitne oczy i wszyscy blondyni całego świata muszą wchodzić przez drzwi albo przez okno, a gdyby próbowali tego, to wy i Ponury i ja, co mamy słuch bardzo ostry, przyjęlibyśmy ich po naszemu... Ależ mówcież, dzieci, mówcie bez żartów... Wytłomaczcie się!
Kiedy obie siostry wyczytały z twarzy Dagoberta istotną niespokojność, nie chciały dłużej nadużywać jego dobroci. Spojrzały na się wzajem i Rózia rzekła, wziąwszy w drobne rączki szeroką i grubą rękę weterana.
— No i cóż, nie martw się; opowiemy ci odwiedziny naszego przyjaciela... Gabryela.
— Dobrze, znowu zaczynacie z początku?... Ma on imię?
— Tak, mówimy ci... Gabryel...
— Śliczne imię, nieprawdaż, Dagobercie? Och! zobaczysz, ty będziesz kochał pięknego naszego Gabryela, tak jak my...
— Ja będę kochał waszego pięknego Gabryela? — rzekł żołnierz, potrząsając głową. — Ja będę kochał waszego pięknego Gabryela? Zobaczymy to później, bo najprzód muszę wiedzieć... Potem przerywając sobie, dodał — szczególniejsza rzecz, to mi coś przypomina...
— Cóż takiego, Dagobercie?