Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/513

Ta strona została przepisana.


— Jakóbie... czy słyszysz... za pięćset franków.
— Słyszę cię, rozumiem; nie potrzebujesz dawać mi znaków... Biedny chłopiec, utrzymuje matkę.
— Położenie ich jest tem gorsze, że jego ojciec wrócił bez środków do życia, a jego matkę...
— Słuchaj, — przerwał Leżynago, nie dając dokończyć Garbusce i wręczając jej woreczek — weź to... tu już wszystko zgóry zapłacono, a to mi pozostało; jest tu do trzydziestu luidorów; lepiej nie mogę zakończyć dnia i użyć tych pieniędzy, jak oddając je dla kolegi w nieszczęściu. Oddaj je pani ojcu Ągrykoli, on zrobi, co trzeba, i Agrykola jutro będzie w swej kuźni... wolę raczej, żeby on tam był, aniżeli ja.
— Niech cię uściskam — wykrzyknęła Cefiza.
— W to mi graj — odrzekł, oddając jej całusa: Garbuska zawahała się na chwilę; pomyślawszy jednak, że ta suma może powrócić nadzieje rodzinie Agrykoli, przyjęła sakiewkę ze łzą w oczach.
— Panie Jakóbie, przyjmuję... jesteś wspaniałomyślny i dobry... dziękuję... bardzo dziękuję...
— Niema za co, droga pani.
Odezwały się głosy jeszcze wrzaskliwsze.
— Cefizo... jeśli tam nie pójdziesz, wszystko potłukę. A teraz nie miałbym czem płacić za szkody!
A, zwracając się do Garbuski, dodał z uśmiechem:
— Przepraszamy! Widzisz sama, że i królowa nie jest panią swej woli...
Cefiza wzruszona wyciągnęła rękę do Garbuski. Ta ze łzą w oku rzuciła się w jej objęcia.
— Kiedy cię znowu zobaczę? — spytała.
— Niezadługo... choć niema dla mnie nic przykrzejszego, jak widzieć cię w nędzy.
— Przyjdziesz?... przyrzekasz?
— Ja za nią przyrzekam — rzekł Jakób — przyjdziemy odwiedzić panią i jej sąsiada, Agrokolę!
— Do widzenia... wracaj, Cefizo, na twą zabawę.