Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/517

Ta strona została przepisana.


Nagle powstała Bachamtka. Jej twarz miała wyra* gorzkiej, sardonicznej radości.
— Mówią, że do Paryża zbliża się cholera... — zawołała. — Piję za zdrowie cholery!
I wypiła.
Pomimo powszechnej wesołości, słowa te przykre sprawiły wrażenie; rodzaj elektrycznego dreszczu przebiegł gromadzenie; twarze przybrały wyraz poważny.
— Ach, Cefrzo — odezwał się Jakób tonem nagany.
— Za zdrowie cholery! — powtórzyła niezmieszama Bachantka — niech oszczędza tych, którzy mają ochotę żyć... lecz niech zmiecie tych, którzy nie chcą się rozłączyć...
Jakób i Cefiza szybko spojrzeli na siebie, nie dostrzegli tego ich towarzysze. Bachantka zamyślona zmilkła.
— To co innego!... — ozwała się Róża-Pompon — za zdrowie cholery!... aby tyli dobrzy pozostali na ziemi...
Chcąc rozwiać smutny nastrój, Dumoulin zawołał.
— Precz z umarłymi i cholerą, a niech żyją żywi!.. Wznoszę toast za zdrowie naszego kochanego amfitrjona; na nieszczęście nie znam jego szanownego nazwiska, bo dopiero tej nocy miałem zaszczyt go poznać; więc za zdrowie... Leżynago. Imię to bynajmniej nie razi, bo nasz przodek Adam nigdy nie kładł się inaczej.
— Dziękuję rzekł wesoło Jakób — gdybym zapomniał twego imienia, nazwałbym cię: Kto chce pić, i pewny jestem, że odpowiedziałbyś. Jestem!
— Jestem... na usługi odrzekł Dumoulin, salutując Po wojskowemu i nadstawiając spory kielich.
— Kto pił wspólnie — odparł Leżynago — znać się winien gruntownie. Nazywam się Jakób Rennepont.
— Rennepont! — zdziwił się Dumoulin. — Choć był pijamy, nazwisko to zrobiło na nim wrażenie — nazywasz się Rennepont?
— Tak, czy to cię dziwi?