Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/520

Ta strona została przepisana.


franków, które z nieba spadają... to się zawsze bierze... Tylko agent ten kazał mi podpisać weksel...
— I podpisałeś?
— A czemuż nie?... To tylko formalność, — mówił agent. — Prawdę mówił, gdyż jak odszedł przed dwoma tygodniami, tak nic już o nim nie słyszałem... Zostało mi jeszcze u niego tysiąc franków, bom go sobie obrał za kasjera... u mnie kasy niema, a kieszeń dziurawa. Otóż od owego czasu hulam od rana do nocy, kontent, żem się wyrwał ze szponów przeklętego Tripeaud!
Gdy mówił te słowa, twarz jego nagle się zachmurzyła. Cefiza patrzała nań niespokojnie, wiedziała bowiem, jak oburzało go nazwisko pana Tripeaud.
— Pan Tripeaud — mówił dalej Leżynago — to człowiek, który dobrych zrobił złymi, złych jeszcze gorszymi. Mówią: jaki majster, taki czeladnik... och! gdy wspomnę...
I Leżynago gwałtownie uderzył pięścią w stół.
— Jakóbie! mów o czem innem — uspakajała Bachantka — Różo-Pompon, postaraj się go rozerwać...
— Nie mam ochoty śmiać się — odpowiedział Jakób — gdy wspomnę o tym człowieku... Nigdy inaczej nie mówił o nas, jeno: łajdaki, bydlęta, robotniki!... A dzieci w jego fabryce... biedne stworzenia... pracowały jak ludzie dorośli... Niewielka szkoda, — mówił, — poumierają, można wziąć drugie... to nie konie, kupować ich nie trzeba.
— Niema wątpliwości, że nie lubisz swego dawnego pryncypała — rzekł Dumoulin.
— Nie... nie lubię pana Tripeaud — odpowiedział Leżynago — nienawidzę go, a wiesz za co? on jest w części przyczyną, żem się stał birbantem. Będąc uczniem u niego, byłem tak chętny do roboty, że rozbierałem się, aby lepiej pracować; właśnie dlatego przezwano mnie Leżynago (Couche-tout-Nu). I cóż! nie usłyszałem nigdy słowa zachęty; przychodziłem pierwszy do warsztatu, ostatni wychodziłem... — nie zważano na to... Pewnego