Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/579

Ta strona została przepisana.


VII.
WYZNANIE.

Drzwi izdebki otworzyły się i na progu ukazała się z nieśmiałością Franciszka Baudoin, blada, ledwie trzymająca się na nogach. Ledwie kilka kroków postąpiwszy, padła na kolana, złożyła ręce jak do modlitwy i odezwała się słabym głosem:
— Mój biedny mężu... przebacz mi!...
Na te słowa Agrykola i Garbuska obejrzeli się żywo, Dagobert podniósł głowę.
— Kochana matko!.. ty, na kolanach — mówił Agrykola, schyliwszy się do Franciszki z czułością — wstańże!
— Nie, moje dziecko — odrzekła Franciszka — nie podniosę się, dopóki twój ojciec... nie przebaczy mi...
— Przebaczyć... biedna żono — rzekł żołnierz wzruszony, podnosząc strapioną. — Alboż ja cię obwiniałem... Więc uwolniono cię?... Wczoraj nie mogłem dowiedzieć się, gdzie cię osadzono... Usiądź-że, moja kochana!
— Droga matko... jakaś ty blada.. jak zziębnięta,.. — mówił kowal, klęcząc przed matką. — Drżysz cała... — a zwracając się do Garbuski, dodał: — moja kochana, rozpalno prędko w piecyku.
— Myślałam o tem, lecz już niema ani węgli, ani drzewa.
— A więc, bądź tak dobrą, zejdź i pożycz od ojca Loriot... on jest tak dobry, że ci nie odmówi...