Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/617

Ta strona została przepisana.


— Proszę wejść! — zawołał.
Stary lokaj wszedł i oznajmił;
— Na dole jest jakiś człowiek i w bardzo pilnym interesie chce się zaraz widzieć z panem Rodinem.
— Jak się nazywa? — zapytał ksiądz.
— Nie powiedział swego nazwiska, lecz oświadczył, że przybywa od pana Van-Daela... kupca batawskiego.
D’Aigrigny i Rodin spojrzeli na siebie z zadziwieniem.
— Zobacz, co to za człowiek — rzekł d’Aigrigny do Rodina, nie ukrywając niepokoju — i przyjdziesz mnie objaśnić.
A zwracając się do służącego, dodał:
— Wprowadź go tu.
Zamienił z Rodinem znaki porozumienia i wyszedł bocznemi drzwiami.
W minutę potem Faryngea, były naczelnik sekty dusicieli, stanął przed Rodinem, który odrazu poznał w nim człowieka, widzianego w zamku Cardoville. Rodin struchlał, ale nie chciał okazać, że go sobie przypomina. Ciągle nachylony nad biurkiem, udając, że nie widzi Faryngei, napisał naprędce kilka słów na leżącym przed nim arkuszu papieru.
— Czy mam zaczekać? — zapytał służący, zdziwiony milczeniem sekretarza.
Rodin złożył dopiero-co napisany papier, a oddając go służącemu, rzekł:
— Oddaj to podług adresu... Odpowiedź przyniesiesz mi natychmiast.
Lokaj ukłonił się i wyszedł.
Rodin, nie wstając z krzesła, wlepił oczy w Faryngeę i rzekł z przymileniem:
— Z kimże mówić mam zaszczyt?