Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/627

Ta strona została przepisana.


pomimo pokazanych — dowodów, nie wierzył, aby Dżalma był w mocy Faryngei.
Rzekł:
— Jeszcze słowo... sądzisz może, że kłamię?...
— Pewny tego jestem. Chciej mnie zostawić samego.
— Jeszcze minutę... jak widzę, człowiek z ciebie, przed którym... nic ukrywać nie trzeba — rzekł Faryngea. — Czego teraz od Dżalmy spodziewać się mogę... chyba jałmużny i wzgardy. Potrzeba mi złota, dużo złota... ty jeden możesz mi je dać, płacąc za zdradę. Nie chcesz mnie wysłuchać, bo myślisz, że kłamię... Wziąłem adres oberży, w której stanęliśmy; oto jest. Poślij kogo dla przekonania się, czy prawdę mówię, a wtedy pewno mi uwierzysz; ale cena mej zdrady będzie bardzo wielką...
— Weź ten adres... i przekonaj się, że nie kłamię — mówił metys, podając adres Rodinowi.
— Hę... cóż to jest? — odrzekł Rodin, ukradkiem spojrzawszy na adres i chciwie go przeczytawszy, bez dotknięcia się.
— Przeczytaj pan ten adres...
— Doprawdy, mój panie — odparł Rodin, odpychając ręką adres — twoja bezczelność zawstydza mnie. Powtarzam ci, że nie chcę mieć z tobą żadnej sprawy... Ja nie znam żadnego księcia Dżalmy i znać go nie chcę... Mówisz, że możesz mi szkodzić; zróbże to, ale, na miłość Boską, oddal się stąd.
To mówiąc, gwałtownie zadzwonił.
Faryngea poruszył się, jakgdyby chciał przygotować się do obrony.
Stary, dobroduszny, pokorny sługa wszedł natychmiast.
— L’apiere... poświęcić temu panu — rzekł Rodin.
— A więc, panie — rzekł Faryngea — odrzucasz moją ofiarę? Strzeż się... jutro będzie już zapóźno.
— Uniżony sługa pański.
I Rodin uprzejmie się skłonił.
Dusiciel wyszedł.