Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/628

Ta strona została przepisana.


Drzwi zamknęły się za nim.
Natychmiast pokazał się we drzwiach od bocznego pokoju ksiądz d’Aigrigny. Twarz jego była blada.
— Cóżeś zrobił? — zawołał, zwracając się do Rodina. — Słyszałem wszystko... Nędznik ten, na nieszczęście, mówił prawdę... Indjanin jest w jego mocy; teraz pójdzie do niego.
— Może nie dojdzie — odpowiedział Rodin.
— A to jakim sposobem?
— Daruj mi Wasza Wielebność... Poznałem natychmiast tego okropnego zbrodniarza; dlatego, nim przystąpiłem do rozmowy z mim, napisałem kilka słów do Moroka, który z Goljatem oczekiwał w dolnej sali na chwilę przedstawienia się Waszej Wielebności; później, gdy mi przyniesiono odpowiedź Moroka, dałem mu nową instrukcję.
— I na cóż, kiedy ten człowiek wyszedł z domu?
— Wasza Wielebność! Niewpierw wyszedł, aż podawszy mi adres hotelu, w którym stoi Indjanin. Wprawdzie i bez tego Faryngea wpadłby w ręce Moroka i Goljata, oczekujących na ulicy, ale bylibyśmy w kłopocie, gdyż nie wiedzielibyśmy, gdzie zamieszkał Dżalma.
— Znowu gwałt! — rzeki ksiądz d’Aigrigny ze wstrętem.
— Prawda że to przykro... bardzo przykro... lecz wypadało trzymać się dotąd przyjętego systemu.
— Czy przez tę uwagę chcesz mi przygarniać?
— O tem pomyślećbym nie śmiał — odrzekł Rodin, kłaniając się niemal do ziemi — idzie tu o to tylko, aby zatrzymać tego człowieka na dwadzieścia cztery godzin.
— A potem?... Jego skargi?...
— Taki bandyta skarżyć się nie ośmieli, zresztą wyszedł stąd dobrowolnie i swobodnie... Morok z Goljatem, pochwyciwszy go, zawiążą mu oczy. Dom ten ma wyjście na ulicę Starą-Urszulańską. O tej godzinie, podczas takiej zawieruchy, nikt nie przechodzi tą odludną okolicą