Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/671

Ta strona została skorygowana.
III.
WDZIĘCZNOŚĆ.

Głęboko się najprzód namyślił ksiądz d‘Aigrigny, nim przemówił do Gabrjela: jego fizjognomja zwolna się wypogodziła. Zdawał się rozważać, obliczać skutki wymowy, którą rozwinąć miał z wybornego i efektownego tematu, który Rodin, widząc grożące niebezpieczeństwo, wyznaczył mu naprędce w kilku wierszach ołówkiem nakreślonych.
Rodin wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne przy kominku.
Trupia twarz jego przybrała zwykły spokój; wielkie powieki, podniesione na chwilę w gniewie i niecierpliwości, opadły znowu i zakryły do połowy małe, mętne oczy.
Ksiądz d‘Aigrigny, pomimo wytwornych i płynnych słówek, pomimo ułudy układnego obejścia, mimo sympatycznej twarzy i całej powierzchowności skończonego i wyrafinowanego światowca, gasł i niknął częstokroć w porównaniu z niezachwianą stałością, chytrością i szatańską przebiegłością Rodina, który przecież rzadko kiedy wychodził za obręb swej skromnej roli sekretarza i niemego słuchacza.
Jego wielebność, zręcznie pewno ułożywszy plan ataku, przerwał nareszcie milczenie, westchnął głęboko, umiał swej fizjognomji, przed chwilą surowej i zagniewanej, nadać wyraz ujmującej dobroci i rzekł uprzejmie do Gabrjela:
— Przebacz mi, kochany synu, żem tak długo milczał...