Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/724

Ta strona została przepisana.


się pokierować pomyślnie sprawą o dziedzictwo Rennepont‘ów, którą ksiądz d‘Aigrigny uważa za straconą.
— Pan!? — zawołał d‘Aignigny — pan?
— Ja...
— Ależ odkryto już nasze intrygi.
— Tem lepiej, będziemy musieli wymyślić zręczniejsze.
— Ależ nikt nam już nie zaufa.
— Tem lepiej... trudne skutki są najpewniejsze.
— Jakto! czy się spodziewasz, że Gabrjel nie odwoła swej darowizny... w której, zresztą, może jest pełno nieprawości?
— Zagarnę ja do kufrów zgromadzenia dwieście dwanaście miljonów, których pozbawić nas chciano. Czy jasno mówię?
— To rzecz jasna, ale to niepodobna.
— A ja mówię, że bardzo podobna... Więc nie pojmujesz, ciasna głowo — zawołał Rodin, uniósłszy się tak dalece, że trupia jego twarz zarumieniła się nieco — nie pojmujesz jeszcze, że teraz wahać się niepodobna... albo dwieście dwanaście miljonów będą nasze, a wtedy przywrócimy nasz przeważny wpływ we Francji, gdyż mając takie sumy, można kupić wszystko na świecie, można rozniecić wojnę domową, można obalić jeden porządek rzeczy, a przywrócić drugi...
— To rzecz oczywista — przytakiwała księżna, składając ręce z podziwem.
— Przeciwnie — mówił znowu Rodin — jeżeliby te dwieście dwanaście miljonów pozostać miały w rękach rodziny Rennepont‘ów, byłoby to zgubą naszą; powstałoby wtedy plemię naszych zajadłych, nieprzebłaganych wrogów... Czy nie słyszałeś owych przeklętych życzeń Renneponit‘a? Pomyśl tylko o ogromnych siłach, jakieby się wtedy zgromadziły około tych miljonerów: stanąłby tam marszałek Simon, działający w imieniu swych córek; jest to człowiek z ludu, wyniesiony do godności księcia, wcielony bonapartyzm wyobraża jeszcze w oczach ludu