Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/761

Ta strona została przepisana.


— Spodziewam się tego, mój panie; tak, zbliża się chwila, w której zostaniesz osądzony, jak na to zasługujesz — rzekła Adrjanna.
— Zawsze to samo marzenie — odparł doktór pewnego rodzaju tonem politowania. — Ale przecie bądźże pani rozsądna... Pozbądź się tak dziecinnych myśli...
— Wyrzec się domagania się zadośćuczynienia dla siebie, a kaźni dla ciebie, mój panie... och! nigdy... przenigdy!
— Pomówmy serjo: czy pani rzeczywiście masz zamiar udać się do sądów? — zapytał poważnym tonem doktór.
— Bezwątpienia... Pan wiesz, że, jak co postanowię, to się nie cofam.
— A więc, proszę panią, zaklinam, abyś zaniechała tego zamiaru! — rzekł doktór tonem pewnej urazy, — a proszę panią o tę łaskę dla jej własnego dobra...
— Zdaje mi się, że pan zanadto mieszasz swój interes z moim...
— Jakto! — odparł doktór z udaną niecierpliwością — jakto?... miałabyś tyle okrucieństwa i odwagi, aby pogrążyć w rozpacz dwie osoby pełne dobroci i szlachetności?...
— Tylko dwie?... Żart byłby zupełniejszym, gdybyś policzył trzy: siebie, moją stryjenkę i księdza d’Aigrigny...
— Co za przypuszczenie?... Nie idzie tu wcale o mnie, ani też o księżnę Saint-Dizier i księdza d’Aigrigny.
— O kogóż więc chodzi, mój panie?
— Idzie tu o dwóch biedaków, którzy, bezwątpienia, wysłani przez ludzi, których pani nazywasz swymi przyjaciółmi, zakradli się zaprzeszłej nocy do przyległego klasztoru, z klasztoru zaś dostali się do mego ogrodu. Jeden z nich został raniony, ale niezbyt niebezpiecznie, tak przynajmniej się zdaje, gdyż mógł umknąć przed ścigającymi go ludźmi.
— Chwała Ci, Panie Boże!