Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/795

Ta strona została przepisana.


szczegóły, któreśmy przytoczyli za przykład, lecz biedna Garbuska, nie śmiejąc sięgnąć do kieszeni po chuścinę-gałganek, musiałaby długo pozostać z załzawionem i oczami, gdyby ich nie otarła palona de Cardoville.
— Pani jesteś dobra... O! szlachetnie miłosierna!
— Patrz pan na nią... — odezwała się Adrjanna do Rodina, który zbliżył się nieco. — Jest to skarb, przeze mnie odkryty... — dodała z dumą młoda patrycjuszka. — Przypatrz się jej! kochaj ją tak, jak ja ją kocham i szanuj ją tak, jak ja ją szanuję. Jest to serce... jakiego szukamy.
— I jakie, dzięki Bogu, znajdujemy, moja kochana pani — odrzekł Rodin, schylając się przytem przed Garbuską. Ta powoli podniosła oczy na jezuitę. Na widok tej trupiej twarzy, uśmiechającej się do niej z przymileniem, dziewczyna zadrżała; rzec dziwna! nigdy tego człowieka nie widziała, a jednak od pierwszej chwili uczuła wstręt i obawę, tak samo jak on, gdy ją zobaczył. Zwykle nieśmiała i wstydliwa, nie mogła oderwać wzroku od Rodina; serce jej mocniej zaczęło bić, jakgdyby zagrażało jej jakie niebezpieczeństwo; a ponieważ ta szlachetna istota zwykła obawiać się przedewszystkiem o tych, których kochała, machinalnie zbliżyła się do Adrjanny, jakby ją chciała sobą zasłonić, nie spuszczając przytem wzroku z Rodina. On zaś, bardzo wprawny fizjognomista, niby nie dostrzegł, jakie wrażenie zrobił na szwaczce, i tem większą uczuł do niej odrazę. Zamiast spuścić oczy przed jej natrętnym wzrokiem, począł nawzajem tak pilnie przypatrywać się jej, że aż zwróciło to uwagę panny de Cardovilile.
— Przebacz, mi, dobra panienko, — odezwał się Rodin do Garbuski, udając przytem, że sobie coś przypomina — ale zdaje mi się... że się nie mylę.... Czy nie chodziłaś przed kilkoma dniami do klasztoru panny Marji... tu, w sąsiedztwie?
— Tak, panie...