Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/813

Ta strona została przepisana.


— Kiedy się wie o manewrach przeciwnika, to przynajmniej bronić się można — dodał Dagobert. — Lepszy jest otwarty atak, niż zasadzka!
— Zresztą chciej mi wierzyć — zapewniała Adrjanna — że kilka pańskich słów tajemniczych przejmują mnie jakimś niepokojem...
— A więc, kiedy o to idzie... kochana pani — odrzekł jezuita, udając, iż niechętnie ulega naciskowi — ponieważ gardzisz przestrogą... jaśniej się wytłumaczę... Ale pamiętaj — dodał poważnie — iż twe nalegania zmuszają mnie do odkrycia tego, o czem możeby lepiej było, gdybyś nie wiedziała.
— Mów pan, mów, bardzo cię o to proszę — odrzekła Adrjanna.
Rodin, uczyniwszy obecnym znak, aby się zbliżyli, mówił pocichu, w sposób tajemniczy:
— Czy nie słyszeliście nigdy, moi państwo, o potężnem stowarzyszeniu, co rozciąga swoje sieci po całej kuli ziemskiej, co ma swych członków, swych ajentów, fanatyków we wszystkich warstwach społecznych... które miało i jeszcze ma silny wpływ na wysokich urzędników, nawet na osoby panujące... towarzystwo to wszechwładne, bo jednem słowem także spycha te osoby w nicość, z której tylko ono wydźwignąćby ich mogło.
— Przebóg! — zawołała Adrjanna — cóż to za straszne towarzystwo! Dotąd nigdy o niem nie słyszałam.
— Wierzę pani, a przecież ta nieświadomość pani bardzo mnie dziwi.
— Dlaczego pana dziwi?
— Gdyż ciągle byłaś przy swej stryjence i często widywałaś księdza d‘Aigrigny.
— Ja żyłam u księżnej Saint-Dizier, ale nie z nią, gdyż z bardzo wielu słusznych powodów miałam wstręt do niej.
— Tak, to prawda, moja uwaga jest bezzasadną; tam, bardziej niż gdzieindziej, nadewszystko przed panią, wystrzegać się musiano z mową o tem towarzystwie... a je-