Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/826

Ta strona została przepisana.


wydarto je przywiązaniu tego zacnego człowieka, który sprowadził je z głębi Azji i zaprowadzono do klasztoru.
— Nieszczęśliwy! — zawołał marszałek Simon, postępując groźnie z zapalczywością ku Dagobertowi — ty mi odpowiesz za wszystko!...
— Ach, panie! nie obwiniaj go! — zawołała panna de Cardoville. — On nic nie winien...
— Generale! — dodał Dagobert głosem cichym i zmartwionym — zasługuję na twój gniew... moja to wina.
— Ależ to niegodziwość!... — zawołał marszałek, wskazując na Dagoberta giestem rozpaczliwego gniewu — komuż więc ufać... kiedy on mnie zawiódł?...
— Ach! panie marszałku! — zawołała Adrjanna — nie miej do niego żalu, nie wierz mu; on naraził swe życie, honor, chcąc wydostać z klasztoru twe dzieci...
— Ależ ten klasztor! — wykrzyknął marszałek z gniewem — gdzie jest ten klasztor?... Ci ludzie chyba nie wiedzą, co to jest ojciec, kiedy odważyli się zabrać mu dzieci?
W chwili, kiedy marszałek Simon wymawiał te słowa, we drzwiach pokoju ukazał się Rodin, trzymając za ręce Różę i Blankę. Słysząc okrzyk marszałka, zdziwił się niezmiernie; promień szatańskiej radości rozpromienił jego złowrogą twarz, albowiem nie spodziewał się, że w tak odpowiedniej chwili napotka marszałka Simon.
Panna de Cardoville pierwsza spostrzegła zjawienie się Rodina. Biegnąc naprzeciw niego, zawołała:
— Ach, nie myliłam się... nasz duch opiekuńczy... zawsze.. zawsze...
— Moje kochane dzieci — rzekł pocichu Rodin do dziewcząt i pokazując im marszałka Simon — oto wasz ojciec.
— Panie — dodała Adrjanna, przedstawiając marszałkowi Różę i Blankę — oto są twoje dzieci.
Dziewczęta rzuciły się w objęcia ojca; nastąpiło głębokie milczenie, przerywane jedynie łkaniami, pocałunkami i okrzykami radości.