Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/872

Ta strona została przepisana.


— „Jesteście podli, samoluby; że los wam dał dobrego pana, to już obojętni jesteście na nieszczęście swych współbraci i na środki wspomożenia ich; dobry byt czyni was nieczułymi...“
— Ach, mój Agrykolo, jakaż to zawzięta złośliwość!...
— O tak... i, na nieszczęście, takie wichrzenia już wywarły wpływ na wielu z naszych najmłodszych towarzyszów... już okazywać się zaczęły w naszych warsztatach niesnaski, rozdwojenia między towarzyszami... Jeżeli ci teraz powiem, że jestem niemal pewny, iż owe drukowane karty, rzucane przez mury fabryki, a które zasiały między nami ziarno niezgody, rozniesione zostały przez wysłańców księdza kaznodziei... czyż nie poznasz, że wszystko, będąc w związku z tem, co spotkało dziś rano ową młodą damę, dowodzi, że pan Hardy od niedawnego czasu ma bardzo wielu nieprzyjaciół?
— Ja równie, jak ty, Agrykolo, uważam to za rzecz przerażającą — rzekła Garbuska — jest to rzecz tak ważna, iż sam tylko pian Hardy będzie mógł przedsięwziąć potrzebne w tej mierze środki... Mojem zdaniem, obowiązkiem twoim jest przestrzec pana Hardy... niech lepiej on uprzedzi większe zło...
— Słusznie mówisz, kochana Garbusko... pójdę za twoją radą; pan Hardy dowie się o wszystkiem. Teraz mówmy o innych... pomówmy wreszcie o mnie... tak, o mnie... idzie bowiem o rzecz, od której zależeć może szczęście mego życia — dodał kowal uroczystym, poważnym tonem, który zadziwił Garbuskę.
— Wiadomo ci — mówił dalej Agrykola po krótkiem milczeniu — że od mego dzieciństwa nic przed tobą nie ukrywałem... że ci wszystko mówiłem... wszystko a wszystko.
— Wiem o tem, Agrykolo — rzekła Garbuska, wyciągając swoją białą, cienką rękę do kowala, który ją serdecznie uścisnął i dalej mówił:
— Kiedy mówię, że nic przed tobą nie ukrywałem, mylę