Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/899

Ta strona została przepisana.


— Ach! Jakże pan Hardy musi być dobry i miłosierny, a nadewszystko bogaty, że wydaje tyle pieniędzy na dobre uczynki!
— Zdziwisz się, pani — rzekł, uśmiechając się, Agrykola — gdy jej powiem, a może tak dalece zdziwisz się, że nie zechcesz uwierzyć mi.
— A dlaczegóż to, panie Agrykolo?
— Niema pewnie na świecie z lepszem sercem i wspanialszgo człowieka nad pana Hardy; on czyni dobrze dlatego jedynie, aby dobrze uczynił, nie myśląc o własnej korzyści; a jednak ręczę pani, że choćby on był najsamolubniejszym, najinteresowniejszym człowiekiem... to jeszcze wynikłaby dla niego wielka korzyść z opieki, jaką nas otacza.
I, otworzywszy drzwi, Agrykola wprowadził Anielę do dosyć wielkiej sali, zastawionej półkami, na których porządnie porozkładane były zimowe owoce, i gromadka, siedem do ośmiu lat mających schludnie i ciepło ubranych dzieci, przebierała zepsute owoce.
— Widzisz, pani, — rzekł Agrykola — gdzie tylko można, staramy się używać z korzyścią dzieci; takie zatrudnienia są dla nich zabawką.
— To prawda, panie Agrykolo; jakże to wszystko mądrze jest urządzone! — A gdybyś pani widziała tych malców w kuchni, jakie tam czynią usługi! Pod kierunkiem jednej lub dwóch kobiet robią tyle, ileby osiem lub dziesięć robić musiało.
— Im bardziej się zastanawiam, tem mocniej przekonywam się, jak tu wszystko mądrze jest wyrachowane dla dobra wszystkich — rzekła Aniela ze zdziwieniem.
— A niełatwo było dokazać tego wszystkiego, trzeba było zwyciężyć, przełamać przesądy, nałogi. Ale uważasz, panno Anielo... właśnie teraz znajdujemy się przed wspólną kuchnią, — dodał kowal, uśmiechając się, — przypatrz się tylko, pani, czy nie piękna?