Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/911

Ta strona została przepisana.


— Panie! — zawołał pan Blessac, gnąc się ze wstydu — jestem na rozkazy pana... i...
Nie mógł dokończyć.
Wtem rozległ się za drzwiami głos, jakaś kobieta weszła pomimo oporu służącego.
— Powiadam ci, — mówił do niego — że natychmiast trzeba mi się z twym panem...
Na widok tej kobiety zadyszanej, zapłakanej, pan Hardy, zapominając o panu Blessac i Rodinie, cofnął się o krok, wołając:
— Pani Duparo! pani tu!... cóż to jest?
— Ach! panie... wielkie nieszczęście...
— Małgorzata... — krzyknął pan Hardy przeraźliwie.
— Odjechała!... panie...
— Odjechała?... — odrzekł pan Hardy, jak piorunem ugodzony.
— Małgorzata odjechała?! — powtórzył.
— Wszystko się odkryło. Jej matka zabrała jątrzy dni temu — rzekła biedna kobieta mdlejącym głosem.
— Odjechała... Małgorzata... to nieprawda, zwodzą mnie!... — zawołał pan Hardy.
I, nic nie słuchając, strapiony, przelękniony, wybiegł z domu, pośpieszył na dziedziniec, gdzie stały powozy i, wsiadłszy co żywo do swego, w parę koni zaprzężonego, zawołał na stangreta:
— Do Paryża, najśpieszniej, co tchu!...

W chwili, kiedy powóz pędem błyskawicy biegł drogą ku Paryżowi, dosyć silny wiatr przyniósł odległą jeszcze wrzawę i śpiewy Wilków, którzy pośpieszali ku fabryce!