Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/912

Ta strona została przepisana.


XXV.
NAPAD.

Gdy pan Hardy oddalił się z fabryki, Rodin, nie spodziewając się tak nagłego odjazdu, poszedł powoli do fiakra; lecz właśnie gdy miał wsiadać, zatrzymał się na chwilę i podskoczył z zadziwienia i uciechy spostrzegłszy niedaleko marszałka Simon.
— Bardzo dobrze! — rzekł Rodin — coraz to lepiej byle tylko teraz udało się tamtemu wyforować i przekonać Różę Pompon.
W tych myślach zatopiony, Rodin wsiadł do dorożki. Jednocześnie, coraz bardziej wzmagający się wiatr do niósł do uszu jezuity zbliżający się zgiełk wrzaskliwych pieśni Wilków.
Dorożka puściła się drogą ku rogatkom.

Kilku robotników, w chwili, kiedy udać się mieli dio Paryża z odpowiedzią na propozycję swych towarzyszy chciało naradzić się wpierw z ojcem marszałka Simon dlatego nie miał on czasu jeszcze pomówić ze swyn synem. Teraz marszałek, wziąwszy w dłonie ręce ojca rzekł do niego tak głęboko wzruszonym głosem, że starzec aż się wzdrygnął.
— Mój ojcze... jestem bardzo nieszczęśliwy.
I w tej chwili, przykre uczucie, dotąd tajone, okryło nagle smutkiem oblicze marszałka.