Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/915

Ta strona została przepisana.


spojrzawszy ze zdziwieniem na swego syna. — Dżalma ma dopiero osiemnaście lat...
— Nie masz, mój ojcze, wyobrażenia o klęskach, jakie zrządza ta namiętność w dziecku gorącem, niepohamowanem; czasami z bezsilnego osłabienia wpada w dzikie uniesienie. Wczoraj zastałem go, gdy się mnie nie spodziewał, z zaognionemi oczyma, zmienionego na twarzy z gniewu: uniesiony szałem namiętności, przeszywał puginałem poduszkę z czerwonego sukna, krzycząc przerywanym głosem:
— Zabijam człowieka. — Tak nazywa on swego mniemanego rywala.
— W rzeczy samej straszną jest taka namiętność!... w podobnem sercu — rzekł starzec.
— Innym razem — mówił znowu marszałek, — wściekłość jego burzy się przeciwko pannie Cardoville; kiedyindziej wreszcie przeciw samemu sobie. Zmuszany byłem kazać uprzątnąć jego broń, gdyż przybyły z nim człowiek z Jawy, jak się zdaje, bardzo do niego przywiązany, powiedział mi, że spostrzega w nim jakiś zamiar samobójstwa.
— Biedne dziecko!...
— Otóż, kochany ojcze, — rzekł marszałek Simon z wielkim żalem — właśnie w chwili, kiedy moje córki i kiedy to przybrane dziecko wymagają całej mej troskliwości... zmuszony będę, może jutro, oddalić się od nich...
— Oddalić się od nich?
— Tak jest... dla dopełnienia jeszcze świętszego może obowiązku nad obowiązek przyjacielski i familijny — rzekł marszałek głosem tak poważnym i tak uroczystym, iż ojciec jego, głęboko wzruszony, zawołał:
— A jakiż to obowiązek?!
— Mój ojcze, — odrzekł marszałek, pomyślawszy przez chwilę, — któż zrobił mnie tem, czem jestem? Kto mi dał tytuł książęcy, buławę marszałkowską?