Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/957

Ta strona została przepisana.


pochlubić, że w tej chwili ledwo jest na całym świecie dwóch takich jak ty ludzi... a to rzecz bardzo pochlebna... Szkoda tylko, że nie poprzestajesz na tem pięknem rzemiośle.
— Cóż ty chcesz powiedzieć?
— A ten spisek, na koszt którego fetujesz mnie po całych dniach i nocach?
— To zagrzewa... Czy ci żal, masz krzywdę może?
— Nie, bynajmniej! — rzekł Jakób, — a cóżbym robił? Spalony gorzałką, choćbym chciał pracować, brakłoby mi sił... nie mam ja, jak ty, marmurowej głowy i żelaznego ciała... ale usmolić się prochem zamiast smolić się — czem innem... na to byłbym gotów, do takiego tylko dzieła zdatny jestem... a wreszcie... to nie dopuszcza mi myśleć..
— O czem?
— Wiesz dobrze.... że gdy myślę... o jednej tylko rzeczy zwykle myślę... — rzekł Jakób ponuro.
— O Bachantce? jeszcze o Bachantce? — rzekł Morok ze wzgardą.
— Zawsze trochę; gdybym wcale o niej nie myślał, wtedy już chyba nie żyłbym... albo jużbym był bez żadnego czucia... szatanie.
— Nigdy nie byłeś zdrowszy i nigdy nie byłeś dowcipniejszy... — głupcze! — odpowiedział Morok obwiązując swój zawój.
Rozmowa została przerwana...
Goljat wszedł z pośpiechem. Ogrom wzrostu tego olbrzyma powiększył się jeszcze barczystością; potężne jego członki, poobciągane żyłami jak postronkami, wystawały pod cielistym trykotem.
— Pocóżeś tu wpadł jak burza? — rzekł Morok.
— Oho! jest tam inna burza w sali; zaczynają niecierpliwić się i krzyczą jak opętani; ale gdyby to na tem się skończyło.
— No! icóż więcej jeszcze?