Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/960

Ta strona została przepisana.


wet w przestrachu, jakiego mnie nabawia ten Anglik, znajduję częstokroć, mimowolnie, jakąś straszną zachętę.
Wszedł reżyser.
— Czy już można zadzwonić, panie Morok? — zapytał. — Uwertura trwać będzie dziesięć minut tylko.
— Zadzwoń pan! — rzekł Morok.
— Komisarz policji już powtórnie obejrzał podwójny łańcuch, przeznaczony dla rysia, i hak z kółkiem, wśrubowany w posadzkę, na dnie jaskini; wszystko uznano za bezpieczne.
— Tak... bezpieczne... ale nie dla mnie... — mruknął pod nosem pogromca zwierząt.
— A więc, panie Morok, można zadzwonić?
— Można... — odpowiedział Morok.
Zwykły, potrójny głos dzwonka słyszeć się dał uroczyście, rozpoczęto uwerturę.
Sala wewnątrz przedstawiała widok nader ożywiony. Oprócz dwóch lóż przed sceną, wszystkie miejsca były zajęte.
Podniesiono kurtynę.
Przedscenie na parterze, po lewej stronie widzów, przedzielone było na dwie loże; w jednej znajdowało się kilka osób. Drugą połowę, bliższą teatru, zajmował Anglik, ów dziwak i amator zakładów, co tyle wzbudzał przestrachu w Moroku.
Nad ciemną lożą Anglika, znajdowali się na przedsceniu pierwszego piętra państwo Morinval i panna Cardoyille. Ta ostatnia trzymała w ręku wielki bukiet z najpiękniejszych kwiatów indyjskich: stefanotys, gardenia, mieszały biały matowy kolor z purpurową barwą jawańskiego hybisku i amarylli.
Przedscenie pierwszego piętra, po prawej stronie od widzów, naprzeciw loży Adrjanny, do owego czasu jeszcze było próżne.
Nagle drzwi tej loży otworzyły się. — Wszedł do