Strona:PL Sue - Artur.djvu/392

Ta strona została przepisana.


chwilę swe wielkie zdziwione oczy, i rzekła potém tonem niezachwianym i jak gdyby z mocném przekonaniem:
— To nieprawda... Pan nie jesteś szczęśliwy.... to niepodobna abyś Pan był szczęśliwy!... Wiem o tém... przyznaj się... a wtedy będę mogła ci powiedzieć.... — Potém zatrzymała się, spuściła oczy, jak gdyby jeszcze chciała ukryć tajemnicę już mającą się wymknąć.
— Jeśli to Pani choć najmniejszą przyjemność może sprawić, — odezwałem się z uśmiechem, — pośpieszani uznać się natychmiast za najnieszczęśliwszego, najmelancholiczniejszego, najponurszego, najodludzeńszego ze wszystkich śmiertelnych; i odtąd będę wymawiał tylko słowa: klątwa i totalność.
Popatrzawszy na mnie przez kilka chwil z niewysłowioném podziwieniem, pani de Pënâfiel rzekła, jak gdyby mówiła sama do siebie: — Czyż bym się miała omylić?... — Potém odezwała się znowu: — Lecz nie, nie, to niepodobna!... Czyż, gdybyś był szczęśliwy i obojętny, jak pragniesz się okazać, instynkt nie byłby mnie o tém uwiadomił? Czyżbym wystawiła na to moję boleść, a może i zwierzenia się, aby były niepoznanemi, wyszydzonemi? Nie, nie, serce moje dobrze mi pawie-