Strona:PL Sue - Siedem grzechów głównych.djvu/1537

Ta strona została przepisana.

i odbywać przyjemne przejażdżki dla pozbycia się swoich histerycznych napadów, i który mnie jeszcze prócz tego nienawidzi... zmarnowałaś mi mój las i moje srebra.. okradłaś mnie...
— Bastien — zawołała Marja z oburzeniem.
— Zrabowałaś, okradłaś mnie — powtarzał wielkolud tak głośno, że młoda matka załamała ręce, błagając go pocichu:
— O!... proszę cię... nie tak głośno.
— Widzę teraz na coś mi się przydała, przez te siedemnaście lat... na nic... trzymałem cię na własną moją szkodę... ale dłużej już tak nie będzie...
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Już tego dosyć.
— Ale...
— Już mam tego po same uszy! nie zniosę tego dłużej!
— Nie rozumiem cię.
— Nie? oto widzisz, kiedy mi człowiek jaki, albo rzecz stoi na zawadzie, wtedy pozbywam ich się jak mogę, i to bez wielkich zachodów.
Pomimo rozdrażnienia, w jakiem pani Bastien widziała swego męża, nie przyszło jej przecież na myśl, ażeby on mógł mieć zamiar pozbawić ją życia; dlatego to chcąc w tych groźbach odgadnąć jego prawdziwą myśl, powiedziała do niego:
— Jeżeli cię dobrze rozumiem, postanowiłeś pozbyć się osób stojących ci na zawadzie i zasługujących na twoje niezadowolenie?
— Tak jest! nie inaczej! najprzód sprzykrzył mi się ten panicz, twój synek... i jutro go się pozbędę.
— Pozbędziesz go się?... ależ, Bastien...
— Poczekaj tylko!... Bridou go zabierze... jutro wieczór, skoro wrócimy z Blemur, pójdzie z nim w drogę...
— Ty mówisz, że pan Bridou zabierze mego syna; wytłumaczże się...
— Bierze go do siebie jako ucznią i twój Benjaminek,